Po pierwsze, zaczęłam udzielać się w radiu. Konkretniej w Uniradiu. Prowadzę tam dwie audycje: w środy o godz. 17:00 w Kozackiej Nucie opowiadam o muzyce z Ukrainy, a w czwartki (również o 17:00) za namową Koncertowego Zwierza i przy pomocy kolegi dzielę się wrażeniami z koncertów. Ze względu na Koncertowe Zwierzę ten blog zmieni formę, ale istnieć nie przestanie. Zżyłam się z nim, polubiłam to miejsce, więc szkoda byłoby mi się z nim rozstawać. Jak ostatecznie będzie wyglądać, jeszcze nie mam pojęcia, ale mam nadzieję, że już niedługo coś zacznie się dziać. Na pewno o koncercie Fisza parę słów skrobnę jutro lub w piątek.
W każdym razie na pozostałe dwa blogi też zapraszam
Na dobry początek, bo już w przyszłym tygodniu, posłuchamy, jak na żywo brzmi nowa płyta Jelonka. Mam nadzieję, że koncert mnie nie zawiedzie i nie spadnie poniżej zeszłorocznego jelonkowego poziomu.
Dziesięć dni później wyczekiwana przeze mnie akustyczna odsłona Voo Voo, tym razem z towarzyszeniem Ladies String Quartet. Ponieważ obejrzałam nagranie podobnego koncertu z Lublina, czuję, że będzie naprawdę magicznie. Całe szczęście, że to już niedługo!
Zaraz po Voo Voo mam w planach występ Mitch&Mitch. Zespół, który usłyszałam pierwszy raz na Męskim Graniu w Żywcu w 2010 roku. Wtedy zostawili mnie (mówiąc kolokwialnie) ze szczęką na trawie, a jak wypadną teraz, po zmianie składu? Okaże się już 28 stycznia.
W połowie lutego koncert-niespodzianka. Znaleziony zupełnie przypadkiem, ale za to wyczekiwany od dawna. Do Łykendu zawita ukraińska grupa rockowa Flit, których słucham już dość długo, a nigdy nie udało mi się zobaczyć ich na żywo. Żałuję jedynie, że nie zobaczę ich w oryginalnym składzie, jednak tym bardziej mam wysokie wymagania. Może nawet będzie szansa poćwiczyć mój ukraiński?
Kilka dni po naszych wschodnich sąsiadach mój kalendarz znowu robi się bardziej jazzowy. Tym razem Conterporary Noise Sextet i również mój pierwszy raz z nimi. Mam nadzieję, że nic nie wciśnie się do moich planów i uda się posłuchać ich wspaniałej muzyki na żywo.
Na początku marca poczuję się bardziej hiphopowo i wybiorę się na koncert Fisza, który miał odbyć się w listopdzie. Obym miała okazję do tego czasu przesłuchać nową płytę braci Waglewskich – “Zwierzę bez nogi”.
Ostatnia zapowiedź to Raz, Dwa, Trzy symfonicznie. Zgodnie z obietnicą nie zamierzam czekać kolejnych siedmiu lat na ich koncert. Tym bardziej taki nietypowy.
Mam także cichą nadzieję, że między te daty wcisną się jeszcze inne wydarzenia: w końcu obiecałam sobie częstsze wizyty w teatrze. Może również zmotywuję się w końcu do napisania kilku recenzji? Może znajdzie się tutaj miejsce także dla literatury, której w ubiegłym roku było trochę mało?
Możecie także spodziewać się wpisów z serii “Bez komentarza”. Jeśli coś mnie tak bardzo mocno zachwyci, że zabraknie mi słów, postaram się, aby znalazło się tutaj. Trzeba się dzielić fascynacjami.
Nie pozostaje mi już nic innego, jak życzyć wszystkim dobrego 2012 roku. Niech będzie lepszy niż poprzedni, pełen wrażeń i niezapomnianych przeżyć oraz nieustannych zachwytów.
Kończy się kolejny rok. Wbrew tytułowy nie będę robić wielkiego podsumowania w stylu “Płyta roku”, bo zawsze bardzo ciężko mi to ocenić. Powiem tylko, że trafiłam na ponad 25 koncertów i festiwali. Najwiecej, bo siedem razy, widziałam na żywo Voo Voo. I w końcu udało mi się dotrzeć na koncert Raz, Dwa, Trzy. Poznałam przy okazji paru naprawdę ciekawych wykonawców (np. Pink Freud, Concha Buika, Aga Zaryan, The Raw Men Empire) i wzrósł mi apetyt na więcej w przyszłym roku.
W drugiej połowie roku zaliczyłam trzy spektakle teatralne i dwa operowe. Marnie, oj marnie… Postanawiam poprawę i w przyszłym roku chciałabym odwiedzać teatry do najmniej raz w miesięcu. Co z tego wyjdzie – zobaczymy.
Przy okazji ogłaszam małą przerwę: mój kalendarz kulturalny do połowy stycznia jest pusty, więc pewnie do tego czasu i tutaj nie pojawi się nic nowego. Ale cierpliwości, niedługo wrócę!
Pozostaje mi życzyć wszystkim radosnych, rodzinnych Świąt spędzonych w miłej atmosferze. Niech nie zabraknie Wam uśmiechu i pogody ducha, a także cierpliwości. Życzę też przyjemnej zabawy na Sylwestra oraz wszystkiego dobrego w Nowym Roku – w tym także wielu wspaniałych przeżyć kulturalnych.
Listopad jest miesiącem pisania powieści. Nie chodzi o tworzenie wiekopomnego dzieła, ale raczej o dobrą zabawę czy ćwiczenia w pisaniu. Rzadko ta pierwsza powieść jest tą wydaną, tą wspaniałą. Wręcz przeciwnie, trzeba napisać miliony słów, żeby dojść do perfekcji. NaNoWriMo, czyli National Novel Writing Month ma w tym pomóc.
Co zrobić, żeby zostać powieściopisarzem, powieściopisarką? Wejść na stronę http://nanowrimo.org/ i zarejestrować się tam. Później możemy uzupełnić informacje o sobie i przede wszystkim znaleźć swój region. Potem czas poznać osoby, które również podjęły się tego wyzwania, dzielić się z nimi przemyśleniami i wspierać się w trudnościach.
Żeby zostać zwycięzcą tegorocznej edycji Międzynarodowego Miesiące Pisania Powieści, 30 listopada trzeba mieć gotowy tekst, liczący co najmniej 50 tysięcy znaków. Brzmi przerażająco? Ale przecież bez ryzyka nie ma zabawy!
W tym roku biorę udział. Mam nadzieję, że ten miesiąc czegoś mnie nauczy i w końcu uda mi się skończyć coś, co zaczęłam. Pozostałym też polecam.
Natalia ma dwa swoje ulubione polskie zespoły. Pierwszym jest Voo Voo, czego nietrudno się domyślić. Drugi to Raz Dwa Trzy. Tylko ich płyty nikomu w moim domu nie przeszkadzały, nawet mojej mamie, która zresztą często wspominała ich koncert na rynku w Żarach, kiedy panowie grali na boso i w za krótkich spodniach. Przy imieninach czy urodzinach zawsze było wiadomo, że album Raz Dwa Trzy będzie trafionym prezentem. I tak jest do tej pory.
Wczoraj po raz pierwszy od siedmiu lat byłam ich na ich koncercie. Poprzednio widziałam ich w Zielonej Górze w 2004 roku i czułam się całkowicie zachwycona. Tamte wspomnienia sprawiły, że dużo oczekiwałam od wczorajszej imprezy, a jednocześnie bardzo się na nią cieszyłam, mimo że Eter tak bardzo mi nie pasował. Klub jednak pozytywnie mnie zaskoczył, nie było tłoczno (choć ludzi też niemało), pod sceną ustawione krzesełka dla tych, którzy zdecydowali się kupić droższe bilety, dobre nagłośnienie i oświetlenie. Nawet udało mi się znaleźć całkiem przyjemne miejsce, z którego widziałam prawie całą scenę.
Koncert zaczął się z półgodzinnym poślizgiem, ale za to trwał ponad dwie godziny, w czasie których zabrzmiały utwory ze wszystkich płyt. Muzyczną wędrówkę zaczęliśmy od “Skądokąd”, najsilniejszą grupę stanowiły piosenki z płyty “Trudno nie wierzyć w nic”. Nie zabrakło również starszych utworów, jak choćby “Czarna Inez”. Przez cały koncert czekałam na najbliższą memu sercu piosenkę, która budzie zawsze miliony ciepłych wspomnień. I doczekałam się. “Nikt nikogo” zabrzmiało jako część bisów. W zasadzie setlista była idealna. Może zabrakło mi “W wielkim mieście”, ale poza tym usłyszałam wszystko, co chciałam.
Koncert miał tylko jeden słabszy punkt, gdzieś w połowie. Tylko wtedy przeszkadzały mi rozmowy i wyczuwało się lekkie znudzenie. Na szczęście wszystko szybko wróciło do poprzedniego wysokiego poziomu i trwało tak już do końca.
Wyszłam niesamowicie zadowolona, mimo że nie udało mi się spotkać i porozmawiać z zespołem. Ale po siedmiu latach usłyszałam ulubione piosenki, które towarzyszyły mi właściwie “od zawsze”. Mam nadzieję, że tym razem przerwa między koncertami Raz Dwa Trzy nie będzie już tak długa.