RSS

Фліт w Łykendzie

Moja fascynacja ukraińską muzyką zaczęła się od zespołu Фліт (Flit) i ich piosenki o jeżyku, który zginął pod kołami samochodu. Potem poszło samo – pojawiali się kolejni wykonawcy, kolejne piosenki, a fascynacja nie malała.

I właśnie wczoraj Flit wystąpił we Wrocławiu. Dowiedziałam się o tym przez przypadek, ale radośc była duża. Bilet kupiłam odpowiednio wcześniej i odliczałam dni. Trochę martwiłam się, że ze składu, który znam, w 2011 roku została tylko jedna osoba, Андрій Марків (Andrij Markiw), widoczny na zdjęciu. Na szczęście Andrij jako główny wokalista sprawdził się świetnie. Reszta zespołu również nie zawiodła moich oczekiwań.

Muszę jednak trochę ponarzekać. Jeśli koncert ma zacząć się o 20:00, to oczekuję, że o tej 20:00 muzycy wyjdą na scenę i zaczną grać. Ale nie w Łykendzie… 40 minut opóźnienia to ponoć standard, a szkoda. Nie podobało mi się również, że na środku sali stały stoliki. Mimo wszystko Flit to zespół rockowy, więc ludzie chcieli sobie poskakać, a mieli na to naprawdę niewiele miejsca. Ostatnim zarzutem jest nagłośnienie. Było koszmarne, jeszcze dzisiaj mam problemy ze słuchem. W momencie, gdy Andrij głośniej śpiewał, z głośników wydobywał się tylko jazgot, pojedyncze dźwięki były praktycznie nie do odróżnienia. Wniosek jest prosty: Łykendu nie polubiłam.

Sam koncert natomiast był pełen energii. Początkowo pod sceną oprócz mnie stały może jeszcze trzy osoby, ale już kilka utworów później zrobiło się dość tłoczno. Ukraińscy muzycy rozgrzali publiczność i nawiązali bardzo dobry kontakt mimo braku znajomości języka polskiego. Widzowie skakali i śpiewali razem z zespołem, domagając się bisów, które Flit grali, żartując, że chcemy ich śmierci na scenie. Koncert zakończyli po prawie dwóch godzinach grania, w czasie których zagrali utwory ze wszystkich swoich płyt. Których to płyt zresztą nie można już nigdzie dostać. A tak liczyłam na jakiś mały zakup…

Podsumowując, koncert był naprawdę udany. Przekonałam się, że mój ukraiński jest naprawdę marny, ale mam chociaż zdjęcie z muzykami. Mam też nadzieję, że do Łykendu więcej nie trafię. Bo choć miejsce wydaje się fajne na spotkanie ze znajomymi, to koncert wolałabym obejrzeć w innym miejscu.

 

 
5 Comments

Posted by w dniu 12/02/2012 in Koncerty, Muzyka

 

Tagi: , , , , , ,

Bez komentarza, odcinek 1.

A jednak komentarz będzie, choć krótki. W ciągu tygodnia odtwarzałam utwory Haydamków ponad 570 razy. To chyba mój rekord.

 
Leave a comment

Posted by w dniu 02/02/2012 in Bez komentarza, Muzyka

 

Tagi: ,

Mitch & Mitch with their Incredible Combo

Już sama nazwa brzmi dziwnie. Bo czego można się spodziewać po zespole, który nazywa się “Mitch & Mitch” i w którego skład wchodzą sami Mitche? W dodatku twierdzą, że są pięcioosobowym duetem, ale  występują w dziewiątkę, choć ich podstawowy skład to sextet: Mitch, Mitch, Serious Mitch, Mr. Bitch (oficjalnie Mrs. Mitch), Reverend James Boned Mitch. Dopełniają ich Mad Mitch, Mitch The Kid, Spiral Mitch i Crackin’ Mitch.

Przeglądając plan Męskiego Grania w Żywcu, nie miałam pojęcia, kim są Mitch & Mitch i co zagraja, ale już wtedy byłam otwarta na nowe muzyczne doznania, więc z ciekawością obserwowałam ich poczynania na scenie. I to był chyba najlepszy koncert w Żywcu. Zapisał się w mojej pamięci dość wyraźnie, ale długo nie znalazłam o nich żadnej informacji. Aż tu nagle okazało się, że grają w Firleju. Takiej okazji przepuścić nie można.

Chyba miałam za duże oczekiwania, bo choć ze sceny wręcz kipiała energia, a muzyka wywoływała uśmiech na ustach, to nie było żadnych fajerwerek. Koncert oceniłam jako “fajny”. No właśnie, tylko “fajny”. Nic mnie nie porwało, nie zachwyciło… Ale podejrzewam, że to wina miejsca, z jakiego słuchałam. Rozpraszali mnie kręcący się ludzie (co ciekawe, w pewnym momencie zorientowałam się, że klub jest prawie pusty – spora część publiczności zwyczajnie sobie poszła) i otwierajace się co chwilę drzwi. Cóż, bardzo łatwo mnie zdekoncentrować. Swoją drogą, w pewnym momencie mój umysł się zbuntował i wyłączyłam się na jakąś chwilę.

Mimo wszystko jestem zadowolona, choć w umiarkowanym stopniu. Liczyłam na coś więcej. Co najmniej na powtórkę z Męskiego Grania.

 
Leave a comment

Posted by w dniu 29/01/2012 in Koncerty, Muzyka

 

Tagi: , ,

Ethno Jazz Festival: Voo Voo akustycznie i Ladies String Quartet

To był jeden z tych koncertów, o których ciężko cokolwiek napisać. Ci, którzy byli, będą doskonale wiedzieć, co chciałabym przekazać, a ci, którzy nie byli, mogliby jedynie żałować. Bo naprawdę jest czego.

Koncertów Voo Voo widziałam sporo: lepszych i gorszych. Do dziś pierwsze miejsce zajmował ten lipcowy w Poznaniu. No właśnie, do dzisiaj. Kolejny raz zostałam całowicie zaczarowana. Zaczęło się od miejsca: już raz miałam okazję przekonać się, jak piękną budowlą jest Synagoga pod Białym Bocianem, więc wiedziałam, czego się spodziewać. Do tego odpowiednie światła, które stworzyły iście magiczny klimat. Czułam się, jakby ktoś przeniósł mnie do innego świata. Za oknami ponuro, deszczowo, a we wnętrzu Synagogi żywe barwy tworzyły bardzo ciepłą atmosferę. Już pierwsze dźwięki gitary pana Waglewskiego dopełniły tego obrazu.

Zawsze miałam słabość do instrumentów smyczkowych, dlatego obecność Ladies String Quartet bardzo mnie cieszyła. Tym bardziej, że pozwoliłam sobie przesłuchać nagrań z innych koncertów z tymi paniami. Smyczki idealnie wpasowały się w atmosferę koncertu i pozwoliły całkowicie odpłynąć do jakiejś odległej krainy. Jednocześnie nie przeszkadzały w improwizacjach, które są przecież nieodłączną częścią występów Voo Voo. Tutaj aż muszę wspomnieć o wspaniałej kontrabasowej solówce Karima Martusewicza i zabawach Mateusza Pospieszalskiego. Kolejny raz wciągnął w swoją grę publiczność, wywołując radosny śmiech i gorące oklaski. I znowu dało się zauważyć, jaką radość sprawia panom z Voo Voo obcowanie z muzyką. A ten nastrój udzielił się publiczności.

Naprawdę trudno napisać mi coś konstruktywnego. Przez dwie godziny siedziałam jak zahipnotyzowana, dając się powrać dźwiękom ze sceny. Uśmiech sam pojawiał mi się na twarzy, nogi wystukiwały rytm, a ręce układały się do oklasków. Z pewnością było niesamowicie, pięknie… magicznie. Tak, to chyba dobre słowo.

Jak zawsze po dobrym koncercie, zostałam z poczuciem niedosytu. Nazywam ten stan “depresją pokoncertową”. Bo kto wie, ile przyjdzie mi teraz czekać na kolejny koncert Voo Voo?

 
Leave a comment

Posted by w dniu 23/01/2012 in Koncerty, Muzyka

 

Tagi: , , , , , , , ,

Zemsta Jelonka, czyli Jelonek z nową płytą w Eterze

Nowy koncertowy rok oficjalnie uznaję za rozpoczęty! I to nie byle jak, bo Jelonkowym występem w moim “uluiobionym” klubie, choć kolejny raz niewiele mam Eterowi do zarzucenia. Może w końcu przekonam sie do niego… Nagłośnienie było bardzo w porządku, miejsca też nie brakowało, ale klimatyzacja nie nadążała i w efekcie zrobiło się trochę ciepło. I muszę pamiętać o okularach przeciwsłonecznych na następny raz. Błyskające światło oślepiało i zasłaniało widok ze sceny. Na szczęście działo się tak tylko w pierwszej części koncertu.

Jelonek w formie, to na pewno. Zawsze podziwiałam jego niespożytą energię na scenie i ogromne poczucie humoru. Publicznosć bardzo szybko załapała rytm i pod sceną rozgorzało szalone pogo, które obserwowałam sobie z balkonu, nie przestając się uśmiechać. I widać było, że Jelonkowi taki widok też się podobał, bo jeszcze zachęcał do budowania “ścian śmierci” (swoją drogą, ta nazwa szalenie mnie śmieszy). Nie zabrakło również tradycyjnego wężyka, młynka czy białego tango. I tutaj przy okazji brawa dla pana ochroniarza, który łapał wszystkich latających, a potem także namawiał do klaskania i sam świetnie się bawił. Jelonek aż przestał na chwilę grać, żeby przybić mu piątkę. Panu ochroniorzaowi się nie dziwię, nawet ja na tym balkonie nie mogłam się powstrzymać i tupałam nogą, kiwałam się do rytmu i machałam głową. A co, też mi się podobało!

Najprościej mówiąc: Nie zawiodłam się, wręcz przeciwnie. Chyba nawet nie spodziewałam się tak dobrego koncertu, z tego powodu, że widziałam ich sporo. Wszystkie dobre (albo świetne – Ursynalia 2011 i Woodstock 2010), dlatego oczekiwałam jakiegoś lekkiego znudzenia, a tutaj – ogrom energii, mnóstwo radości z grania i cierpliwość oraz dobre słowo dla fanów. Nie tylko oni dobrze bawili się na koncercie. Widać, że Jelonkowy zespół kocha scenę i kocha to, co robi. I te dobre emocje trafiają do ludzi. Spójrzcie na Jelonka i spróbujcie się nie uśmiechnąć.

Kiedy nadarzy się okazja, pewnie znowu wybiorę się na jego koncert, ale póki co – Jelonek z Woodstocku i metalowy wężyk. Wczoraj też było tak fajnie.

 
2 Comments

Posted by w dniu 13/01/2012 in Koncerty, Muzyka

 

Tagi: , , , ,

 
Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Join 47 other followers