RSS

Archiwa tagu: opera

“Ogród Marty” Cezarego Duchnowskiego

Hasło “sztuka współczesna” raczej mnie przeraża niż fascynuje, a to z tego powodu, że czuję się wobec niej całkowicie bezsilna. Bardzo często nie potrafię jej zrozumieć, dopasować do swojego świata. Sztuka współczesna często całkowicie rozmija się z moim poczuciem estetyki, pozostawiając mnie ze zdegustowaniem.

Właśnie dlatego pierwsze minuty “Ogrodu Marty” poważnie mnie zaniepokoiły. Nie potrafiłam kompletnie poradzić sobie dość nietypową sekwencją dźwięków, z ubogą scenografią opartą właściwie tylko na grze świateł, i urwanymi monologami. Zachwyt poczułam dopiero kiedy kurtyna opadła, zapaliły się światła i wyszłam do szatni.

“Ogród Marty” to historia o miłości, przemijaniu, zazdrości, spełnianiu marzeń, rozczarowaniu… Długo mogę wymieniać. W ciągu godziny znalazłam wiele znaczeń i sensów, które wbiły się w moją głowę i nie pozwalały o sobie zapomnieć. Tematy znalazłam dopiero po zakończeniu opery. Wcześniej miałam wrażenie chaosu, bezsensu: elektroniczne, lekko kakofoniczne dźwięki, ogrom powtórzeń, dialogi bez odbiorców, głos zza sceny. Moment, kiedy głos przestał być tylko głosem, a stał się osobą, był chyba kulminacją. Wtedy wszystko zaczęło zmierzać ku jednemu końcowi, zaczęło się rozjaśniać. Ale to ciągle było za mało, żeby się zachwycić.

Opera się skończyła, a ja siedziałam i próbowałam poukładać jakoś to, czego doświadczyłam. Mechanicznie oklaskiwałam artystów, szukając w głowie wrażeń, jakie odniosłam. Gdzieś na schodach, coś w moim mózgu zaskoczyło i  pomyślałam, że nie widziałam czegoś podobnego. I było to wrażenie pozytywne. Im bardziej analizowałam i zastanawiałam się nad spektaklem, tym bardziej czułam się zachwycona.

Ktoś kiedyś powiedział (niestety, nie wiem, gdzie to słyszałam ani z czyich ust padły te słowa), że większym sukcesem dla artysty jest milczenie po jego występie niż nawet największy aplauz. Jeśli tak jest, to stan mojego umysły po obejrzeniu “Ogrodu Marty” z pewnością powinien zadowolić twórców tej opery.

 
1 Comment

Posted by w dniu 08/12/2011 in Muzyka, Opera, Teatr

 

Tagi: , ,

Megawidowisko operowe “Kniaź Igor”

Wstyd się przyznać, ale do tej pory nigdy nie byłam na żadnej operze. Tym niecierpliwiej oczekiwałam “Kniazia Igora”, na którego zresztą trafiłam ogromnym fartem.

Dostałam miejsce w drugim rzędzie, więc widok miałam całkiem niezły, choć gorzej było już z napisami, wyświetlanymi na bocznych tablicach. Na szczęście szybko się przyzwyczaiłam do takiego układu i mogłam skupić się na scenie. A tam toczyła się historia: tytułowy kniaź Igory wybierał się na wyprawę przeciw Połowcom, mimo zaćmienia słońca interpretowanego jako przestrogę i próśb żony. Ukochaną razem z zamkiem zostawił swojemu szwagrowi Władimirowi, który później okazał się zdrajcą. Niestety, znaki na niebie i przestrogi żony okazały się prawdziwe: Igor razem z bratem i synem Władimirem dostali się do niewoli chana Konczaka. Kniaziewicz zakochał się w córce chana, Konczakównie, przez co nie udało mi się uciec z niewoli razem z ojcem. Chan okazał mu łaskę i pozwolił poślubić piękną kobietę. Igor natomiast wrócił do zamku na Putywlu, gdzie został bardzo serdecznie powitany przez żonę i poddanych, którzy czekali na niego z utęsknieniem. Podczas nieobecności kniazia okoliczne wioski zostały złupione przez chana Gzhaka. Tylko powrót władcy był nadzieją dla Rusinów, łatwo więc wyobrazić sobie, jaka radość zapanowała na zamku.

Z Hali Stulecia wyszłam kompletnie oczarowana i oszołomiona rozmachem widowiska. Już pełna złota scenografia – choć prosta – robiła wspaniałe wrażenie. A gdy na scenie pojawili się artyści, nie mogłam wprost oderwać wzroku od ich przepięknych, mieniących się kolorami i błyszczących strojów. Aż pożałowałam, ze nigdy nie uczyłam się śpiewu. Chciałabym móc kiedyś założyć taką wspaniałą suknię w staroruskim stylu. Przed spektaklem przeczytałam, że na scenie mają pojawić się żywe konie. Zaintrygowało mnie to ogromnie, dlatego czekałam niecierpliwie, czy to aby na pewno prawda. Nikt mnie nie okłamał, drużyna Igora dosiadała całkowicie żywych wierzchowców. Naliczyłam ich dwanaście, co z kolei zmusiło mnie do refleksji na temat wielkości zaplecza, garderób i ilości ludzi zatrudnionych przy tej produkcji. Z pewnością nazwa “megawidowisko” nie była przesadzoną.

Opera to przede wszystkim muzyka. Piękna muzyka, należałoby powiedzieć. Moje miejsce umożliwiło mi obserwowanie orkiestry, ich idealnie dogranych ruchów i doskonałej synchronizacji. To, co wyglądało cudownie, tak też brzmiało. W zasadzie mogę powiedzieć, że muzyka Borodina całkowicie mnie zaczarowała. Głosy solistów i chóru zahipnotyzowały. Wydaje mi się, że najpiękniejszą pieśń zaśpiewał Igor przebywający u chana i błagający o wolność. Z kolei Jarosławna, żona Igora, zawarła w swoim śpiewie tak wiele emocji, że aż  przeszywała serca. Największy zachwyt wywołała we mnie scena tańca na cześć chana Konczaka. Taniec jest mi dość bliską dyscypliną, dlatego z zapartym tchem obserwowałam ruchy artystów. I co tu dużo mówić, choreografia, a także jej wykonanie, były naprawdę niezwykłe. Kolorowe, dynamiczne, wspaniałe.

Po obejrzeniu “Kniazia Igora” jednego jestem pewna: na pewno jeszcze nie jeden raz zapukam do bram Opery. Jestem zafascynowana tym rodzajem widowiska, tym sposobem śpiewu i taką muzyką, że muszę zobaczyć, poczuć, doświadczyć więcej. Dużo więcej.

 
3 Comments

Posted by w dniu 21/11/2011 in Muzyka, Opera, Teatr

 

Tagi: , , , , ,

 
Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Join 47 other followers