RSS

Noc otwarta w Hali Stulecia: Lao Che, Voo Voo, Lech Janerka

W piątek poszłam na Noc Otwartą do Hali Stulecia, bo muszę przyznać, że zestaw koncertowy wyglądał naprawdę zachęcająco.

Impreza zaczęła się o 20:00 występem Lao Che. Niestety, przez cały koncert bardziej koncentrowałam się na unikaniu ciosów osób, które za mną skakały i machały pięściami niż na muzyce. Dlatego też niewiele zapamiętałam, choć piosenki o Powstaniu warszawskim wywołały we mnie gorzką refleksję: “dzisiejsza młodzież” krzycząca o wolności… Chyba się starzeję, innego wyjaśnienia nie widzę. Ale muszę przyznać, że Lao Che dało niezwykle energetyczny koncert. Sama bym sobie poskakała w innych warunkach. I muszę nauczyć się tańczyć jak Denat, stanowczo muszę.

Po koncercie nastąpił pokaz videomappingu. Z żalem muszę przyznać, że nie zrobił na mnie piorunującego wrażenie. Bardzo ładnie wyglądały momenty, kiedy części ścian wyglądały, jakby przesuwały się w przód i w tył. Muzyka również idealnie współgrała z pokazem, ale było to tylko ładne.

Po pokazie nadeszła chwila, na którą tak naprawdę najbardziej czekałam: na scenę wkroczyło Voo Voo. Amatorzy pogo poszli uzupełnić poziom płynów w organizmie, więc miałam idealne warunki: stałam tuż pod sceną, wszystko idealnie widziałam i słyszałam. Był to jeden w bardziej rockowych występów, pełnych pozytywnej energii i radości z grania oraz słuchania. Mateusz Pospieszalski standardowo bawił się z widzami,  biegał po scenie i ku uciesze zebranych dał klapsa Karimowi Martusewiczowi. Ot, taka tradycyjna atmosfera radości. Najbardziej podobały mi się dwa momenty: “Nim stanie się tak” w wykonaniu publiczności, której głos niósł się przepięknie przez całą Halę Stulecia, a także niesamowite solo na bębnach Michała Bryndala. Wrażenie spotęgowała gra świateł idealnie pasująca do dźwięków perkusji.

Co ciekawe, był to już mój dziesiąty koncert w ostatnim czasie, a dla mojej siostry – pierwszy. I czuję, że na tym jednym się nie skończy. Chyba za bardzo jej się podobało.

Przed występem Lecha Janerki ponownie można było obejrzeć videomapping. Nasz wrocławski muzyk zaczął od akustycznych wersji swoich utworów, żeby potem “zaatakować” z pełną energią. Niestety, oznaczało to powrót amatorów pogo, dlatego uciekliśmy na trybuny. Na szczęście i tam dźwięk był idealny (a padły głosy, że podczas koncertów Lao Che i Voo Voo niewiele było słychać), a scenę widzieliśmy dość dobrze. I przy okazji tłum bawiących się ludzi. Wielki uśmiech wywołała dla mnie dedykacja dla “przeciwników ACTA”, po której rozległy się ogromne brawa, a Janerka po chwili dodał “i dla zwolenników ACTA”. Nastraszyłam siostrę piosenką “Strzeż się tych miejsc” (po imprezie wracałyśmy właśnie na Trójkąt), śpiewałam o zabawie, która nie jest dla dziewczynek i na koniec wyobraziłam sobie, że zawsze mam czas. Myślę, że warto wybrać się w marcu albo kwietniu do Alibi, ale to jeszcze sporo czasu.

 Na zakończenie do Janerki dołączył Waglewski i zagrali razem dwa utwory: “Mój sztylecik w twoim sercu” i “Rower”, czyli to, co miałam okazję już usłyszeć podczas Męskiego Grania. Widać było, że panów cieszy wspólne granie, a to cieszyło publiczność. Mnie również.

Jeszcze troszkę pomarudzę: koncert mógłby zacząć się dwie godziny wcześniej, bo pod koniec byłam już niesamowicie zmęczona. Chociaż to z kolei przeczyłoby idei “nocy otwartej”. Cóż, i tak źle, i tak niedobrze. Myślę też, że powinno się zainwestować w porządne barierki. Te z piątku chwiały się na tyle mocno, że ochroniarze musieli je przytrzymywać, żeby się nie przewróciły. Poza tym i wspomnianym już pogo innych zarzutów nie mam. Impreza bardzo mi się podobała, świetnie się bawiłam, a i moja siostra powinna ją dobrze wspominać. Siniaki zapewne nie pozwolą szybko o sobie zapomnieć.

Na zakończenie pochwalę się, że udało mi się zdobyć autograf od pana Janerki. Zupełnym przypadkiem, ale w ten sposób mam bardzo miłą pamiątkę w moim magicznym kalendarzu.

Parę spraw organizacyjnych: chwilowo nastąpi przerwa w bywaniu na różnego rodzaju imprezach, ciężko ocenić, jak długa. Z kalendarza wypadły koncerty Centerporary Noise Sextet (odbył się w niedzielę) i Raz, Dwa, Trzy, a Fisz stoi pod dużym znakiem zapytania. Niestety, czasem trzeba z czegoś zrezygnować…

 
2 Comments

Posted by w dniu 21/02/2012 in Koncerty, Muzyka

 

Tagi: , , , , , , , , , , , , , , ,

Фліт w Łykendzie

Moja fascynacja ukraińską muzyką zaczęła się od zespołu Фліт (Flit) i ich piosenki o jeżyku, który zginął pod kołami samochodu. Potem poszło samo – pojawiali się kolejni wykonawcy, kolejne piosenki, a fascynacja nie malała.

I właśnie wczoraj Flit wystąpił we Wrocławiu. Dowiedziałam się o tym przez przypadek, ale radośc była duża. Bilet kupiłam odpowiednio wcześniej i odliczałam dni. Trochę martwiłam się, że ze składu, który znam, w 2011 roku została tylko jedna osoba, Андрій Марків (Andrij Markiw), widoczny na zdjęciu. Na szczęście Andrij jako główny wokalista sprawdził się świetnie. Reszta zespołu również nie zawiodła moich oczekiwań.

Muszę jednak trochę ponarzekać. Jeśli koncert ma zacząć się o 20:00, to oczekuję, że o tej 20:00 muzycy wyjdą na scenę i zaczną grać. Ale nie w Łykendzie… 40 minut opóźnienia to ponoć standard, a szkoda. Nie podobało mi się również, że na środku sali stały stoliki. Mimo wszystko Flit to zespół rockowy, więc ludzie chcieli sobie poskakać, a mieli na to naprawdę niewiele miejsca. Ostatnim zarzutem jest nagłośnienie. Było koszmarne, jeszcze dzisiaj mam problemy ze słuchem. W momencie, gdy Andrij głośniej śpiewał, z głośników wydobywał się tylko jazgot, pojedyncze dźwięki były praktycznie nie do odróżnienia. Wniosek jest prosty: Łykendu nie polubiłam.

Sam koncert natomiast był pełen energii. Początkowo pod sceną oprócz mnie stały może jeszcze trzy osoby, ale już kilka utworów później zrobiło się dość tłoczno. Ukraińscy muzycy rozgrzali publiczność i nawiązali bardzo dobry kontakt mimo braku znajomości języka polskiego. Widzowie skakali i śpiewali razem z zespołem, domagając się bisów, które Flit grali, żartując, że chcemy ich śmierci na scenie. Koncert zakończyli po prawie dwóch godzinach grania, w czasie których zagrali utwory ze wszystkich swoich płyt. Których to płyt zresztą nie można już nigdzie dostać. A tak liczyłam na jakiś mały zakup…

Podsumowując, koncert był naprawdę udany. Przekonałam się, że mój ukraiński jest naprawdę marny, ale mam chociaż zdjęcie z muzykami. Mam też nadzieję, że do Łykendu więcej nie trafię. Bo choć miejsce wydaje się fajne na spotkanie ze znajomymi, to koncert wolałabym obejrzeć w innym miejscu.

 

 
5 Comments

Posted by w dniu 12/02/2012 in Koncerty, Muzyka

 

Tagi: , , , , , ,

Bez komentarza, odcinek 1.

A jednak komentarz będzie, choć krótki. W ciągu tygodnia odtwarzałam utwory Haydamków ponad 570 razy. To chyba mój rekord.

 
Leave a comment

Posted by w dniu 02/02/2012 in Bez komentarza, Muzyka

 

Tagi: ,

Mitch & Mitch with their Incredible Combo

Już sama nazwa brzmi dziwnie. Bo czego można się spodziewać po zespole, który nazywa się “Mitch & Mitch” i w którego skład wchodzą sami Mitche? W dodatku twierdzą, że są pięcioosobowym duetem, ale  występują w dziewiątkę, choć ich podstawowy skład to sextet: Mitch, Mitch, Serious Mitch, Mr. Bitch (oficjalnie Mrs. Mitch), Reverend James Boned Mitch. Dopełniają ich Mad Mitch, Mitch The Kid, Spiral Mitch i Crackin’ Mitch.

Przeglądając plan Męskiego Grania w Żywcu, nie miałam pojęcia, kim są Mitch & Mitch i co zagraja, ale już wtedy byłam otwarta na nowe muzyczne doznania, więc z ciekawością obserwowałam ich poczynania na scenie. I to był chyba najlepszy koncert w Żywcu. Zapisał się w mojej pamięci dość wyraźnie, ale długo nie znalazłam o nich żadnej informacji. Aż tu nagle okazało się, że grają w Firleju. Takiej okazji przepuścić nie można.

Chyba miałam za duże oczekiwania, bo choć ze sceny wręcz kipiała energia, a muzyka wywoływała uśmiech na ustach, to nie było żadnych fajerwerek. Koncert oceniłam jako “fajny”. No właśnie, tylko “fajny”. Nic mnie nie porwało, nie zachwyciło… Ale podejrzewam, że to wina miejsca, z jakiego słuchałam. Rozpraszali mnie kręcący się ludzie (co ciekawe, w pewnym momencie zorientowałam się, że klub jest prawie pusty – spora część publiczności zwyczajnie sobie poszła) i otwierajace się co chwilę drzwi. Cóż, bardzo łatwo mnie zdekoncentrować. Swoją drogą, w pewnym momencie mój umysł się zbuntował i wyłączyłam się na jakąś chwilę.

Mimo wszystko jestem zadowolona, choć w umiarkowanym stopniu. Liczyłam na coś więcej. Co najmniej na powtórkę z Męskiego Grania.

 
Leave a comment

Posted by w dniu 29/01/2012 in Koncerty, Muzyka

 

Tagi: , ,

Ethno Jazz Festival: Voo Voo akustycznie i Ladies String Quartet

To był jeden z tych koncertów, o których ciężko cokolwiek napisać. Ci, którzy byli, będą doskonale wiedzieć, co chciałabym przekazać, a ci, którzy nie byli, mogliby jedynie żałować. Bo naprawdę jest czego.

Koncertów Voo Voo widziałam sporo: lepszych i gorszych. Do dziś pierwsze miejsce zajmował ten lipcowy w Poznaniu. No właśnie, do dzisiaj. Kolejny raz zostałam całowicie zaczarowana. Zaczęło się od miejsca: już raz miałam okazję przekonać się, jak piękną budowlą jest Synagoga pod Białym Bocianem, więc wiedziałam, czego się spodziewać. Do tego odpowiednie światła, które stworzyły iście magiczny klimat. Czułam się, jakby ktoś przeniósł mnie do innego świata. Za oknami ponuro, deszczowo, a we wnętrzu Synagogi żywe barwy tworzyły bardzo ciepłą atmosferę. Już pierwsze dźwięki gitary pana Waglewskiego dopełniły tego obrazu.

Zawsze miałam słabość do instrumentów smyczkowych, dlatego obecność Ladies String Quartet bardzo mnie cieszyła. Tym bardziej, że pozwoliłam sobie przesłuchać nagrań z innych koncertów z tymi paniami. Smyczki idealnie wpasowały się w atmosferę koncertu i pozwoliły całkowicie odpłynąć do jakiejś odległej krainy. Jednocześnie nie przeszkadzały w improwizacjach, które są przecież nieodłączną częścią występów Voo Voo. Tutaj aż muszę wspomnieć o wspaniałej kontrabasowej solówce Karima Martusewicza i zabawach Mateusza Pospieszalskiego. Kolejny raz wciągnął w swoją grę publiczność, wywołując radosny śmiech i gorące oklaski. I znowu dało się zauważyć, jaką radość sprawia panom z Voo Voo obcowanie z muzyką. A ten nastrój udzielił się publiczności.

Naprawdę trudno napisać mi coś konstruktywnego. Przez dwie godziny siedziałam jak zahipnotyzowana, dając się powrać dźwiękom ze sceny. Uśmiech sam pojawiał mi się na twarzy, nogi wystukiwały rytm, a ręce układały się do oklasków. Z pewnością było niesamowicie, pięknie… magicznie. Tak, to chyba dobre słowo.

Jak zawsze po dobrym koncercie, zostałam z poczuciem niedosytu. Nazywam ten stan “depresją pokoncertową”. Bo kto wie, ile przyjdzie mi teraz czekać na kolejny koncert Voo Voo?

 
Leave a comment

Posted by w dniu 23/01/2012 in Koncerty, Muzyka

 

Tagi: , , , , , , , ,

 
Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Join 40 other followers